To zdecydowanie nie był piłkarski spektakl. Bardziej futbolowe szachy, w których długo przesuwaliśmy figury, ale trudno było znaleźć ruch otwierający drogę do bramki. Pewnie nie będziemy wracać do tego spotkania przy każdej okazji, ale zapamiętamy to, co w takich meczach najważniejsze – trzy punkty są nasze, a my nadal siedzimy w fotelu lidera.
Od początku mieliśmy przewagę, jednak przez pierwszy kwadrans niewiele z niej wynikało. Olimpia bardzo szczelnie ustawiła się we własnej defensywie i skutecznie ograniczała nam przestrzeń. Nie potrafiliśmy jeszcze złapać odpowiedniego rytmu w ofensywie, a momentami to goście wyglądali groźniej. W 14. minucie Drabek znalazł Daszkiewicza, ale na wysokości zadania stanął Szymajda, który świetnie zatrzymał atak Olimpii.
Potrzebowaliśmy trochę czasu, żeby zacząć grać odważniej i bardziej kombinacyjnie. Kiedy przyspieszyliśmy, zaczęliśmy też częściej pojawiać się pod bramką Suchana. Spórna uderzył obok słupka, później po wrzutce Jakubowskiego ponownie zabrakło dokładności, a w 35. minucie Kubik sprawdził czujność bramkarza Olimpii. Chwilę później Spórna dograł do Guzery, ale Suchan nie miał większych problemów z obroną. Przed przerwą blisko był jeszcze Jakubowski. Byliśmy stroną aktywniejszą, ale nadal nie potrafiliśmy postawić kropki nad „i”.
Wtedy nadeszłą 45. minuta. Gdy wydawało się, że na przerwę zejdziemy z bezbramkowym remisem, sędzia wskazał na jedenasty metr po faulu na Kubiku. Piłkę ustawił Kaciuba i zachował zimną krew. Pewnie wykorzystał rzut karny i w najważniejszym momencie pierwszej połowy dał nam prowadzenie.
Po zmianie stron niewiele się zmieniło. Nadal mieliśmy więcej z gry, częściej utrzymywaliśmy się przy piłce i próbowaliśmy znaleźć sposób na podwyższenie prowadzenia, ale nasze ataki wciąż nie były tak groźne, jak byśmy sobie tego życzyli. Guzera próbował z dystansu, Orylski zagrywał w pole karne, gdzie Suchan zatrzymał Gosza, a chwilę później sam Orylski posłał piłkę nad bramką. Niby byliśmy bliżej drugiego gola, ale cały czas musieliśmy mieć świadomość, że przy jednobramkowym prowadzeniu jeden przypadkowy moment może wywrócić wszystko do góry nogami.
W końcówce coraz mocniej szukaliśmy zamknięcia tego spotkania. Kaciuba wrzucił piłkę w pole karne, gdzie Jankowski był blisko szczęścia, a kilka minut później Orylski miał okazję, by definitywnie pozbawić Olimpię nadziei. Znów jednak na drodze stanął bramkarz gości. Drugi gol wisiał w powietrzu, ale nie chciał spaść na ziemię.
Dlatego do ostatniego gwizdka musieliśmy zachować koncentrację. W 88. minucie Paterok zdecydował się na uderzenie z dystansu i choć piłka minęła naszą bramkę, przez moment zrobiło się nerwowo. Olimpia dostała swoją szansę na wyrównanie, ale tym razem nie pozwoliliśmy sobie odebrać tego, na co pracowaliśmy przez całe spotkanie.
Nie zachwyciliśmy. Nie stworzyliśmy meczu, który będziemy wspominać miesiącami, ale wygraliśmy. Wzięliśmy trzy punkty, zachowaliśmy prowadzenie w tabeli i możemy dopisać do swojego dorobku kolejne zwycięstwo. A czasem właśnie takie mecze, zamiast efektownych, są potrzebne najbardziej – bo pokazują, czy potrafimy wygrać również wtedy, gdy futbol nie chce być dla nas szczególnie hojny.
Concordia Knurów – Olimpia Boruszowice 1:0 (1:0)
1:0 – Kaciuba 45′ (karny)
Concordia: Szymajda – Winiarczyk, Nowak, B. Borowiec, Jakubowski – Momot (46′ Orylski), Guzera (84′ Dymnicki), Spórna (74′ Mikulski), Kaciuba, Kubik (64′ Kocur) – Gosz (64′ Jankowski).
Rezerwowi: Furgoł, Konopiński, Karavaiev, Szpiech.
Olimpia: Suchan – Brzytwa, Rogala (58′ Rutka), Płaczek (58′ M. Gruszczyński), Sidorski – Jarasz, Drabek, Wałek, Domagała, Daszkiewicz (58′ Paterok) – Stefaniak.
Rezerwowi: Zagórski, K. Gruszczyński, Jedynak, Kapica, Mazur, Trojanowski.
Żółte kartki: Kubik, Jakubowski (Concordia) – Jarasz (Olimpia).
